Media społecznościowe przymuszają swoich odbiorców do tego, żeby lepiej wiedzieli, co lubią, co udostępniają i do jakiej grupy przynależą. Nadmiar informacji doprowadził do tego, że przy wyborze ważkich treści ich adresaci stają się mniej uważni. Lajkują, popularyzują i udzielają poparcia bez rzetelnej wiedzy, o co tak naprawdę chodzi, bo nie mają dość czasu na to, żeby przeczytać każdy artykuł i obejrzeć każdy filmik.
Mój znajomy wysłał kiedyś życzenia imieninowe pewnej niemłodej już pani. Kobieta należała do grona nowoczesnych emerytek, więc znajomy posłużył się pocztą mailową. Do serdecznych słów dołączył atrakcyjny pokaz slajdów, z roślinami i krajobrazami, przeglądając dla pewności kilka pierwszych zdjęć. Odpowiedź, jaką otrzymał, nie zawierała wdzięcznych podziękowań, lecz słowa oburzenia i zgorszenia. Oszołomiony mężczyzna doczytał się, że obrażona starsza pani komentuje tak ów niewinny pokaz slajdów. Odnalazł plik i obejrzał go do końca. Okazało się, że malownicze krajobrazy zostały później ubogacone obecnością przystojnych, ale roznegliżowanych młodzieńców. Starsza pani nie dała się przekonać, że to tylko pośpiech zadecydował o tak niezręcznej pomyłce…
Nie zawsze nadawcy dowiadują się, że popełnili gafę, bo adresaci miewają większe poczucie humoru lub domyślają się, skąd ten nietakt; sami też nie cierpią na nadmiar wolnego czasu…
Innym problemem, który wywołuje mieszane uczucia, jest wyróżnianie, akceptowanie informacji tematycznie trudnych, nieobojętnych. Widzę post z prośbą o finansową pomoc dla dziecka chorego na raka albo nastolatki czekającej na przeszczep szpiku, albo młodego mężczyzny chorego na SM. Nie chcę afirmować tych schorzeń, lubić ich, bo to przecież niedorzeczność, skoro sama wcale nie pragnę ich mieć. A ludzie, którzy proszą o pomoc, też chcą wyzdrowieć. To raczej nie klikać, a więc zostawić w domyśle: nie lubię. Nie lubię tej choroby, tej osoby czy całego problemu?… Może jednak lepiej polubić, wtedy pozostaje do wyjaśnienia tylko paradoks…
Udostępnianie postu całemu światu czyli znajomym, też jest obciążone wątpliwościami i niepewnością. Rozumiem, że samo upowszechnienie w sieci apelu o pomoc zwiększa szanse osoby chorej na sponsora strategicznego. Ale bądźmy realistami: w zbiórkach internetowych biorą udział najczęściej ludzie przeciętnie uposażeni, którym jednak daleko do pensji na poziomie średniej krajowej. Wypadałoby więc w każdej udostępnianej zbiórce samemu wziąć udział, zacząć od siebie, a dopiero potem nakłaniać innych. Bo sam gest streszczający się w zasadzie: „podaj dalej”, w niczym nie poprawia losu osoby proszącej. Łańcuch ludzi tylko udostępniających post może w żadnym miejscu nie zostać przerwany… Na pomoc każdemu potrzebującemu, nawet w wymiarze składki kilkuzłotowej, zabrakłoby miesięcznie owej średniej krajowej. Jedyny kompromis, jaki jest do przyjęcia, polega na tym, żeby udostępniać, ale co kilka postów ten łańcuch jednak przerywać, zdobywając się na datek choćby skromny, lecz realny. Po części jest tak, że wyobrażamy sobie swoją hojność w momencie, kiedy już wreszcie będziemy zasobni. Tymczasem w znaczeniu symbolicznym 5 zł od człowieka o chudym portfelu więcej znaczy niż 500 zł od milionera. Zwłaszcza że niebogatych jest znacznie więcej, co się później przełoży na sumę wpłat.
Portale społecznościowe narzucają nam wewnętrzną dyscyplinę. Prezentujemy nie tylko swoje upodobania, ale też poglądy. A to skłania do kontrolowania propagowanych treści. Artykuł zaczynający się od poważnych konstatacji (nieważne, na jaki temat), może się okazać tekstem ironicznym, przeciwstawnym temu, co głoszą nasze przekonania. Nie sposób wszystkiego czytać, ale też nie trzeba wszystkiego upowszechniać. Mało a dobre – to najprostsza recepta dla zbieganych i roztargnionych.

W tych czasach przy mediach społecznościowych coraz mniej ludzi wie jak się zachować w różnych „niestandardowych sytuacjach”.
Wzmianka o nowotworach i tym że nie wiadomo czy na facebook’u lubić je czy nie była doskonałym argumentem w tym artykule.
Najgorzej ubolewa mnie jednak to, że młode dzieci od 8 lat wzwyż (mimo że oficjalnie facebook powinien być dostępny od 13 lat, odpowiedzialność za co ceduje się na rodziców). Coraz częściej odnoszę wrażenie że już nie tylko dzieci, ale i rodzice przede wszystkim gubią się w tej „rozszerzonej” rzeczywistości.
Niemniej bardzo udany post. Gwoli komentarza:
https://static.boredpanda.com/blog/wp-content/uploads/2015/11/satirical-illustrations-addiction-technology-21__605.jpg