„Kiedy uporczywie wpatrywali się w Niego, jak wstępował do nieba, przystąpili do nich dwaj mężowie w białych szatach. I rzekli: «Mężowie z Galilei, dlaczego stoicie i wpatrujecie się w niebo? Ten Jezus, wzięty od was do nieba, przyjdzie tak samo, jak widzieliście Go wstępującego do nieba»”. Dz 1, 10-11 (Biblia Tysiąclecia)
Codziennie prosimy Pana Boga o pomoc w różnych sprawach – drobnych i poważnych. Odpowiedzi uzyskujemy „korespondencyjnie”, często po długim okresie oczekiwania. Zwykle nie są one proste, narzucają inny punkt widzenia, inny sposób myślenia lub ukazują potrzeby ludzi, którzy też proszą…
Nasze prośby, choćby bardzo konkretne, są zwykle obrane z kontekstu; ujawniają wyraźnie naszą wolę, chcenia i konieczne zdobycze. Jeżeli sądzimy, że nie znamy swoich pragnień, to modlitewne wezwania obnażą je bezwarunkowo.
Ponaglenia wobec Pana Boga nie zawsze odnoszą skutek. Pozostajemy bezradni, skazani na tę samą rzeczywistość. Nie zasłużyliśmy na łaskę, a może stałaby się ona katastrofą, a nie przywilejem. Tego nie wiemy.
Prosząc o cokolwiek staram się pamiętać, że Pan Jezus spełnił już wielką prośbę każdego człowieka: odebrał śmierci jej siłę, zniszczył bezsens, który ciążył nad ludzkim życiem. Myślę, że jest to dobry punkt wyjścia do wszystkich próśb – codziennych i wyjątkowych.
W blasku zmartwychwstania Pana Jezusa niejedna prośba traci swoją aktualność. A te trudne, bolesne zyskują inny wymiar.
Na słowo można komuś uwierzyć lub czegoś po kimś oczekiwać, na słowo można z kimś wyjść i zostać…
